Skryba i Ja

Duch dziesiąty - choroba

. 2 min czytania . Written by Jolanta Czemiel
Duch dziesiąty - choroba

Duch dziesiąty - choroba

Choroba osłabia umysł i produkuje negatywne myśli, a wtedy już tylko moment do opętania przez złego ducha.

Smakowało mi dawniej takie wino, pomyślałem i pociągnąłem potężny łyk prosto z butelki. Nie przeszkadzały mi fragmenty pływającego w środku korka, ponieważ już dawno się uodporniłem na wszelakie niedogodności. Kieliszka, ba, nawet szklanki czy kubka w czystej postaci również mi nie brakowało, ponieważ od czasu do czasu moja córka Anetka wpadała zwizytą i czyściła zasyfiałe kąty mojego lokum. Mieszkaniem tego barłogu nie ośmieliłbym się nazwać, ale jak już powiedziałem, bałagan mnie nie krępował ani nie kolidował z codziennymi czynnościami, które ostatnio zgodnie z moim zapotrzebowaniem, nieco się skurczyły.
Myłem zęby i ciało. Resztki pasty od miesiąca wyciskałem pieczołowicie z tubki. Dacie wiarę? Ona nigdy się nie kończy. Mydła spory stosik uzbierał się latami w szafce pod wanną. Poza tym spałem, czasem jadłem no i piłem. Robota znudziła mnie dawno. Porzucenie jej poszło równie łatwo, jak wrzucenie pustej (zgniecionej) puszki do kontenera na śmieci. No dobra, wywalili mnie. Po co komu pracownik wiecznie śmierdzący wczorajszym, jak powiedziała szefowa, alkoholem. Ha ha, to nie był wczorajszy, tylko świeżutka małpka nabyta w drodze do biura. Jako konstruktor maszyn precyzyjnych czułem się w obowiązku zachowywać nie mniej precyzyjnie, a po niewielkiej dawce alkoholu przestawały się trząść ręce. Cóż na to poradzę, że na przerwie wyskakiwałem po kolejną i jeszcze jedną. Przecież nie będę kupował hurtowo, jak pijak jakiś czy inny alkoholik.
Wracając do wina. Smakowało mi, ale kiedyś. Dzisiaj nie czułem nic oprócz żalu, że po spożyciu całej zawartości udam się ponownie do monopolowego po kolejne, nieco mocniejsze procenty. Nie zwracałem uwagi na barwę (w butelce nie widać) choć zawsze wolałem wiśniowo-rubinową. Lubiłem też wyczuć tytoń, pieprz i jeżynę, a w zapachu wyłowić odpowiedni bukiet. Taki full – bodied. Zatęskniłem za tymi odczuciami.
Czyżbym wykonywał swoją pracę nieodpowiednio, pomyślałem. Zawsze w terminie i bez uwag. Wygrałem konkurs na najlepszą konstrukcję mostu, ślęczałem do nocy, zarywałem weekendy. A wczoraj to mi się nawet śniło, że wróciłem. Tylko jej już tam nie było. Nowy szef powitał mnie z otwartymi ramionami i strzeliliśmy sobie po jednym na początek naszej przyjaźni. Podobno szefową przejechał jakiś pijak na pasach. Świadkowie widzieli, jak wyraźnie dodał gazu, po czym przejechał biedulkę i zbiegł z miejsca wypadku. Żałuję w sumie, że to tylko sen. Nie, żebym jej życzył czegoś takiego, tylko wróciłbym chętnie do roboty. W domu nuda. I wino się kończy – pociągnąłem ostatni łyk i wyplułem korek.
Chwilę później zadzwonił dzwonek do drzwi. Myślałem, że to córka i nawet chętnie podskoczyłem, żeby jej otworzyć omamiony wizją posiadania czystych naczyń przez kolejne dwa tygodnie. To jednak nie była ona. Za drzwiami stał policjant.Resztę już pani wie.
Jola Czemiel