Skryba i Ja

Duch jedenasty - nienawiść

. 2 min czytania . Written by Jolanta Czemiel
Duch jedenasty - nienawiść

Duchy karmią się też ludzkimi słabościami. Nienawiść i zazdrość mocno je przyciągają.

Godność, poczucie człowieczeństwa, a nawet zwykłą potrzebę bliskości Joanna zatraciła w sobie już dawno. Dwójka małych dzieci - Leoś lat siedem i Kalinka lat trzy – trzymały ją w pionie, który mocno drgał i ciążył ku pochyleniu lub nawet ku upadkowi.
Mąż Joanny, znany chirurg, podpora miejscowego szpitala, rzadko zaglądał do kieliszka. Kiedy coś wypił, stawał się miły, rozmowny i elokwentny, komplementował wszystko i wszystkich, dlatego jako bywalec lokalnych imprez zaskarbił sobie sympatię tej małomiasteczkowej społeczności. W domu zachowywał się jednak inaczej. Za krzywo ustawione kapcie czy spóźnienie z obiadem karał nie tylko żonę, ale i dzieci.
- Żebyś nie dawała dzieciakom złego przykładu. Przecież muszą się na kimś wzorować! Nie chcesz chyba, żeby stali się takimi nieudacznikami, jak ty – mawiał i konsekwentnie wymierzał sprawiedliwość.
Lubił wymyślać kary. Chełpił się w przypływach dobrego humoru, że żadna się do tej pory nie powtórzyła. A były różne: nicniemówienie przez kilka godzin (żona i dzieci), nieuśmiechanie się przez dwa dni (dzieci), brak kolacji, brak śniadania, chodzenie boso, czytanie na głos do utraty głosu, nienazywanie ojca ojcem, a matki matką, czołganie się w tę i z powrotem przez godzinę po mieszkaniu(żona), całowanie ojca w stopy (dzieci)… kilka lat upokorzeń.
Dzisiaj wrócił jak zwykle punktualnie. Kapcie stały równiutko, gorący obiad już wjeżdżał na stół w jadalni. Świeże kwiaty pachniały upojnie. Sielanka. Tak, tylko puste oczy Joanny nie pasowały do tego obrazka.
- Gdzie są dzieci? – fuknął.
- Przeziębione, jakiś wirus. Zjedzą później, przecież nie będę cię narażać na infekcję. Twoja praca jest taka ważna, kochanie – oświadczyła Joanna i już wlewała do talerza jego ulubioną pomidorówkę. Nie chciała, żeby dzieci widziały, jak ojciec zwala się pod stół po zażyciu solidnej porcji cyjanku. Może nie przeżyją tego zbyt mocno, pomyślała, przecież w tym miesiącu ich ojciec nie pozwolił siebie nazywać ojcem. Ot, umarł jakiś człowiek, cóż, że przy rodzinnym stole. Bywa.
Przeciąg otworzył okno, które zachybotało skrzydłami niczym spłoszony ptak. Później nastała cisza.
Jola Czemiel