Skryba i Ja

Duch ósmy - morderstwo

. 2 min czytania . Written by Jolanta Czemiel
Duch ósmy - morderstwo


I znowu miejsce naznaczone śmiercią. Tym razem chodzi o zabójstwo. Tutaj złe duchy mogą sobie poszaleć.

Kasul, pas miedziany, prowincja Katanga, Demokratyczna Republika Konga
Komisja z Amnesty International już wczoraj skończyła prace nad raportem na temat wykorzystania nieletnich do pracy w kopalni. Greg zerknął na ekran laptopa i westchnął ciężko. Chociaż temat podobno jest nieaktualny, bo po ich poprzednim raporcie małe dzieci nie mają wstępu na tereny należące do spółki wydobywczej, a jak zapewnia jeden z kierowników, nastolatkowie, którzy zgłaszają się do pracy pomagają tylko w łupaniu i sortowaniu kamieni. Greg widział co prawda jednego z nich, jak dźwigał ciężki worek, ale kierownik twierdzi, że to przypadek i nikt mu wcale nie kazał tego robić.
Zaraz po śniadaniu komisja, razem z fotografem zeszła do kopalni, a raczej głębokiej, ciemnej dziury. Kilka osób, które kręciły się na dole miało zamontowane naczołowe latarki, ale nie mieli kasków. Narzędzia, którymi się posługują, to łopaty, dłuta i haki, a worki z urobkiem wyciągają na powierzchnię przy pomocy lin.
Kiedy przeszli kilkanaście metrów, sztolnia pokazała się w całej krasie. Liczne rozgałęzienia, niczym czarne odnóża gigantycznego pająka wciskały się w skały. Korytarze nie miały kopalnianych zabezpieczeń i nawet po zapewnieniu kierownika, że drążone są w twardej skale, a to nie grozi zawaleniem, poczuliśmy się nieswojo.
Nie wystraszyłem się jednak na tyle, żeby zawrócić. Pierwszy wsunąłem się w odnogę z prawej strony i szedłem dość długo, przyświecając sobie latarką. Za mną ruszył tylko fotograf i po kilku minutach, strasznie kaszląc, zawróciliśmy.
- Zaczekaj, zrobię kilka ujęć, postójmy trochę, niech opadnie ten cholerny pył. – Fotograf ustawił aparat na odpowiedni tryb i pstryknął kilka zdjęć – korytarz niknący w skale i ściany, które wyglądały jak oskrobane. – Dobra, możemy wracać – oznajmił po chwili.
Wszyscy wiedzieli, że pył, który unosił się podczas prac w kopalni prowadzi do śmiertelnej choroby płuc, a nikt nie zaproponował im nawet maseczki na usta. Kaszel ustał po wyjściu na zewnątrz.
Fotograf wszedł do baraku. Ostre światło nie pozwalało na przejrzenie zdjęć, a chciał je jeszcze dzisiaj wysłać do redakcji. Po kilku minutach wychylił się przez drzwi i zdławionym głosem krzyknął:
- Mam coś, szybko, nie uwierzycie.
Na jednym ze zdjęć widać było dziwną postać, skręconą w nienaturalny sposób i dosłownie wmurowaną w ścianę, albo raczej obrosłą litą skałą, pokrytą pyłem, zlewającą się z otoczeniem tak doskonale, że przechodzący tamtędy robotnicy nie mogli jej na pewno odróżnić od kamiennych ścian.
Po wydobyciu ciała i przeprowadzeniu sekcji zwłok okazało się, że należy ono do zaginionego przed czterema laty kierownika kopalni, tego samego, który odpowiadał za zatrudnienie, a tym samym śmierć czternaściorga dzieci. Narządy wewnętrzne nie zostały naruszone, a ciało uległo mumifikacji. Oględziny miejsca domniemanej śmierci nie przyniosły rezultatu i nikt nie potrafił wyjaśnić, w jaki sposób człowiek ten przylgnął niczym magnes do ściany na wysokości ponad dwóch metrów w pozycji horyzontalnej.
Greg nie poprawił raportu, bo i co miałby w nim dopisać? Że laptop, na którym ten raport powstał zasilany jest obecnie przez baterię litowo - jonową, do produkcji której wykorzystuje się kobalt, który przy pomocy nieuczciwych pośredników i skorumpowanych urzędników trafia na wybrzeże, a stamtąd do Chin? W telefonie też ma taką baterię, musi przecież zadzwonić do żony.
Jola Czemiel