Skryba i Ja

Duch pierwszy - przemoc

. 4 min czytania . Written by Jolanta Czemiel
Duch pierwszy - przemoc

Tych emocji unikaj, jeśli nie chcesz przyciągać złych duchów. Błąkają się one po okolicy nie znalazłszy swojego miejsca gdzieś w zaświatach i nękają nas na tym ziemskim padole. Podobno. Jedenaście zjawisk, które szczególnie mocno przyciągają złe duchy stało się inspiracją do napisania jedenastu miniaturek. Boicie się? Nie czytajcie w nocy.

Sopot, Karlikowo, 16-18 sierpnia,2019

Smutek i ból przenikający ludzką duszę w domach naznaczonych przemocą przyciąga złe duchy jak pszczoły do ula.

W takim apartamencie jeszcze nie spaliśmy. Od kilku lat preferujemy turystykę namiotową, ale Jurek uparł się, że na dziesiątą rocznicę naszego ślubu powinniśmy zrobić coś ekstra. Wybór padł na Sopot.

Pełnia sezonu nie pokrzyżowała naszych planów. Wręcz przeciwnie. Szukaliśmy okazji i się udało. Dom Za Żelazną Bramą zdawał się czekać właśnie na nas. Pakowanko i już nas nie ma. To znaczy jesteśmy, tylko nie w domku, a we wspaniałej sopockiej willi tuż przy deptaku.

Już pierwsza noc powinna wzbudzić nasz niepokój. Co ja mówię! Pierwszy dzień. Poza nami w tym ogromnym domu nie było więcej nikogo. Cena niska, jak na sezon, właścicielka uśmiechnięta (widzieliśmy ją zaledwie przez moment, kiedy wręczyła nam klucze), wystrój obłędny – stare meble, satynowa pościel, świeże kwiaty na każdym stole. Nasza radość była tak wielka, że nic nie mogło jej zakłócić. Na razie.

Całe popołudnie leżeliśmy na plaży, a wieczór przesiedzieliśmy w barze, sącząc drinki i słuchając krzyku ostatnich mew. Mimo zmęczenia podróżą i nowymi wrażeniami, nie mogliśmy zasnąć. Ażurowe, drewniane schody, prowadzące na piętro, gdzie znajdował się nasz apartament skrzypiały cyklicznie, jakby ktoś po nich wchodził albo schodził. Namówiłam męża, żeby zobaczył co się tam dzieje, mając nadzieję, że to nowi goście wędrują w nocy do kuchni, albo salonu z kominkiem, który znajdował się na parterze. Nic podobnego.

Jerzy uchylił drzwi i trzeszczenie usłyszeliśmy wyraźniej. Nie pomogło zapalone na schodach światło ani bieganie na dół i na górę. Trzaski trwały do rana, chociaż koło czwartej udało nam się zasnąć (mam nadzieję, że Jurkowi też) i nad ranem ustały. W każdym razie, kiedy o dziewiątej wstałam, żeby napić się wody, nic już nie dochodziło zza drzwi, które zamknęliśmy przezornie na klucz.

Bieganina po Sopocie, plaża, drinki i…kolejna noc. Profilaktycznie wypiliśmy nieco więcej, żeby nie mieć problemów z zaśnięciem. Ponownie jednak koło godziny pierwszej w nocy usłyszeliśmy stąpanie. Żeby tylko stąpanie, spalibyśmy jak zabici. Tym razem dołączyło się do tego sapanie. Jurek podejrzewał, że właścicielka straszy lokatorów, którzy wynoszą się przed terminem i w ten sposób zarabia podwójnie. Ze wściekłością w oczach wybierał numer podany na stronie internetowej w zakładce „kontakt”.

- Piip, piip, piip – po którymś piknięciu odpuścił i napisał sms-a.

Nie chciał mi pokazać, ale zrozumiałam, że my tak łatwo się nie poddamy, przecież duchy nie istnieją, a straszenie jest dobre dla małych dzieci. Położyliśmy się do łóżka.

Rano przyszła odpowiedź. Lakoniczna nieco, ale zadowoliła nas całkowicie.

„Proszę nie zwracać na to uwagi. Dom jest stary, a nadmorski wiatr gra na nim swoją melodię.”

- Nawet romantycznie – stwierdziłam. – Wiatr, który gra na domu.

Jurek tylko warknął i zniknął w łazience. Kiedy zeszliśmy na dół zapachniało jaśminem. Dlaczego wcześniej nie zwróciłam na to uwagi? Jaśminy przecież nie kwitną w sierpniu, poza tym szybko gubią płatki, a ten wyglądał, jakby go ktoś przed chwilą wstawił do wazonu. Podeszłam bliżej i pociągnęłam za kwiat. Płatek został mi w palcach. Prawdziwy.

Oprócz sapania i trzeszczenia nic tej nocy nowego nie doszło do tej wietrznej orkiestry. Zasnęliśmy. Rano zbiegłam na dół w piżamie i od razu sprawdziłam, że jaśmin stał, jak poprzednio, a w kwiatku brak płatka, który wyrwałam mu wczoraj. Lekki dreszcz przebiegł przez moje ramiona.

- Jerzyku, może jednak wróćmy wcześniej. Miałeś zacząć remont – krzyknęłam.

- Jeszcze nie czas – odpowiedział zza drzwi łazienki.

Tej nocy było inaczej. Prawdę mówiąc przesiedzieliśmy ją w kucki za szafą, okręceni kołdrą. Ktoś zamknął nas na klucz. Okna nie dało się otworzyć, a telefony, jak w jakimś tandetnym horrorze – nie działały. Za to między tupaniem i dyszeniem pojawił się krzyk. Krzyk małej dziewczynki. I to na pewno nie był wytwór nadmorskiego wiatru.

Rano jak zwykle wszystko wróciło do normy. Jaśmin pachniał. Klucz tkwił w zamku od strony pokoju, a jaśmin nadal pachniał. Spakowaliśmy się i wyszliśmy przed dom. Na podwórku czekała właścicielka. Bez słowa przyjęła od nas klucze i ze spuszczoną głową, unikając kontaktu wzrokowego bąknęła coś na pożegnanie. Wyszliśmy na deptak i odetchnęliśmy z ulgą.

W Warszawie, zaraz po powrocie Jurek zaprosił na piwo swoja siostrę Ulę i we trójkę zasiedliśmy w pubie niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Lubiliśmy wracać do domu pieszo. Ulka strasznie się śmiała z naszej przygody i żeby uwiarygodnić zeznania Jurek musiał pokazać jej zdjęcie sopockiej willi. Po wrzuceniu w wyszukiwarkę pojawił się jednak artykuł sprzed kilku lat. Jerzy zbladł, a Ulka zabrała mu telefon i zaczęła czytać na głos: Szesnastego czerwca dwa tysiące dwunastego roku w Domu Za Żelazną Bramą, należącym do małżeństwa N. policja odkryła zwłoki dziewięcioletniej dziewczynki. Dziewczynka, według ustaleń biegłych sądowych była wcześniej bita i głodzona, co w konsekwencji doprowadziło do jej śmierci. Mąż kobiety, zaraz po zatrzymaniu popełnił samobójstwo, a pani N. przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Dom zaplombowano.