Skryba i Ja

Opowieści mafijne

. 6 min czytania . Written by Jolanta Czemiel
Opowieści mafijne

Opowieść pierwsza. Szczęście.

Ze starego tapczanu sterczały sprężyny i nawet gdyby Al nie przewracał się ani razu na drugi bok, i tak któraś z nich wlazłaby mu pod żebro. Pozostało wybrać. Pod prawe, czy pod lewe?

Przez małe brudne okienko sączyło się wątłe światło latarni.  Na spacerniaku stały dwa słupy dumnie nazywane latarniami, ale tylko jedna świeciła i też jakoś tak mdławo. Nie wiedzieć czemu owady wszelkiej maści, w tym muchy, obrały jej niewielki klosz za latrynę.

Al ułożył się delikatnie na lewym boku. W domu przed snem zawsze marzył o dalekich podróżach, ale tutaj marzył tylko o zaśnięciu oraz o tym, żeby w nocy nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, bowiem musiałby zasypiać ponownie, a tego nie lubił.

Około czwartej nad ranem obudził go dzwonek alarmu. Nałożył buty i czapkę. Reszty ubrania nie zdejmował, więc w minutę był gotowy. Dokładnie w momencie, kiedy zerkał na swoje odbicie w szybie, do celi wtoczył się gruby sierżant Han.

- Ruszaj się poczwaro - huknął. - Czy wy nigdy nie wiecie, gdzie jest wasze miejsce? Spać mu się zachciało - wrzasnął Alowi prosto w ucho, po czym pierwszy wyszedł na korytarz.

Al od razu zauważył migające światła. Ściany od tego pulsowały raz na czerwono, później na niebiesko, a czasami na kanarkowo. Przymrużył oczy i posłusznie dreptał za Hanem. Kiedy weszli do wielkiej sali zwanej Posiłkarnią, blask bijący ze środka pomieszczenia zmusił go do zamknięcia oczu i od tej pory intuicyjnie posuwał się za sierżantem, wsłuchując się w szuranie jego lewego buta i charakterystyczny stukot prawej nogi podkutej podkową.

- Wszystkiego najlepszego, Al. Happy Birthday. Na zdrowie. - Okrzyki mieszały się ze sobą, a niektóre z nich wydały się Alowi przyjazne.

Sierżant właśnie się zatrzymał i Al odważył się otworzyć jedno oko. Światła przygasły, a on stał po środku jadalni otoczony z jednej strony gromadą strażników, a z drugiej - osadzonych.

Drżącymi rękoma rozpakował prezent, który wręczył mu sam sierżant.

- Dziękuję - odpowiedział wibrującym z emocji głosem, kiedy tylko dobrał się do środka pudełka. Różowy, ostro szeleszczący w zapadłej na moment ciszy papier, majestatycznie opadł na kamienną posadzkę.

Al wpatrywał się jak urzeczony w lśniącą podkowę, którą jak najszybciej chciał wypróbować. Dobrze, że zostałem strażnikiem, pomyślał.

- Tyle lat, tyle lat - wymamrotał i zaczął ściskać po kolei wyciągnięte w jego kierunku ręce. Ktoś nastąpił mu na lewą stopę, już żałował, że nie ma na niej podkowy. Musiał uważać, żeby w tłumie jej zgubić, nie stracić swego szczęścia na zawsze.

Opowieść druga. Odcienie radości.

Po trzech tygodniach podkowa wrosła w stopę dzięki specjalnej maści, którą sierżant Han pozwalał wytwarzać osadzonym. Nikt nie wnikał w skład tej mikstury, chociaż jedno było powszechnie wiadome. Raz na miesiąc, tuż przed dostawą, znikał z kuchni wielki słój koncentratu z pomidorów. Nikt też nie udowodnił wzajemnych zależności między koncentratem, a maścią, tym bardziej, że maść miała barwę zgniłej sałaty, ale kto wie, kto wie.

Stopa nieco swędziała. Al z dumą postukiwał podkową na porannym i wieczornym obchodzie, a także wystukiwał rytm ulubionej piosenki podczas lanczu w Posiłkarni. Tylko nieliczni mogli, a raczej musieli to wytrzymać. Koledzy usunęli się bez zbędnych tłumaczeń pod przeciwległą ścianę, a osadzeni tkwili na swoich miejscach, bowiem im przesiadać się nie było wolno.

Dzisiejszy posiłek mocno przypadł Alowi do gustu i swoją radość manifestował głośnym staccato, które odkrył w ulubionym utworze Eda Shirana - Shape of You. Tak się w tym zapamiętał, że wkrótce zaczął podskakiwać na krześle, razem z krzesłem, z łyżką do zupy, metalową miską, a kiedy również stół zaczął podrygiwać, sierżant Han podniósł się ze swego miejsca w przeciwległym kącie sali i wrzasnął.

- Kurwa, niech ktoś mu wyrwie tę podkowę, bo zabiję gnoja.

Dwóch osadzonych z radością podbiegło do Ala. Kiedy jeden z nich, dorodny łysol w poszarpanej koszuli w zielone prążki założył Alowi równie dorodnego nelsona, drobny, szczupły brunecik z małą bródką już wydłubywał łyżkąpodkowę z lewej stopy. Delikatnie wtarł kolanem kilka kropel krwi, które przy okazji spadły na posadzkę.

I może nawet Al by zaprotestował, może nawet by krzyknął, ale radość, w jaką wprowadziło go staccato tak nim zawładnęła, że nawet tego nie zauważył. Nad stolikami płynął ostatni wers - “…I’m in love with the shape of you”.

Opowieść trzecia. Zanęta.

Al mocno wierzył w przeznaczenie. Praca strażnika, wymarzona, przechodząca z pokolenia na pokolenie na pierworodnego w rodzie Capone, stwarzała możliwości, których nie znalazłby poza więzieniem. Uwielbiał grać w karty i wygrywać. O tyle, o ile z kolegami po fachu wygrana zdarzała mu się rzadko, to z osadzonymi radził sobie o wiele lepiej. On stawiał przymykanie oka na ich niecne sprawki, oni - papierosy, czasem cygara, a zazwyczaj pieniądze.

Ekarte, Kiszka, czasem Poker, stawiały go w czołówce więziennych graczy i każdy chciał się z nim zmierzyć. Już jego dziadek, znany warszawski restaurator, który prowadził interesy na Bielańskiej i na Długiej, radził sobie w tym interesie nadzwyczaj dobrze, pozwalając szulerom na ogrywanie naiwnych klientów.  Częste obławy policji pomagały mu w prowadzeniu biznesu, bowiem pazernych karciarzy, którzy płacili coraz mniej, wysyłano do ciupy, a na ich miejsce wkraczali (po wniesieniu stosownego wpisowego) kolejni gracze.

Dzisiaj Al miał jeden cel. Musiał zdobyć nową podkowę. Przywilej noszenia podkowy pozostał, choć poprzednia, podarowana tak spektakularnie przez sierżanta Hana, wsiąkła jak woda, kapiąca z sufitu na jego materac. Stopa swędziała, domagając się jej powrotu i bezsenność Ala zaczynała się pogłębiać.

Rozesłał wśród osadzonych zanętę: Tylko dzisiejszej nocy można wygrać miejsce na dorocznej imprezie świątecznej, organizowanej przez więzienie dla dzieci ulicy. Impreza odbywała się na Placu Miejskim, a to oznaczało tylko jedno - możliwość ucieczki.

Po godzinie do jego celi wpadła przez okienko w drzwiach kartka z numerem dwa. Tylko dwóch graczy skusiła wysoka stawka. Tylko dwaj mieli do zaoferowania coś, o co chciał zagrać Al. Podkowę.

Opowieść czwarta. Ekarte.

Dwie podkowy, to zawsze większa szansa na zdobycie trofeum, pomyślał Al i wyciągnął sprężynę spod lewego żebra. Wolał ostatnie godziny przed rozgrywką spędzić na treningu. Tasował karty i przerzucał między palcami. Gra toczyła się zwykle w otoczeniu obstawiających zakłady oraz trzech bankierów. Żeby nie było szwindli. I żadnych rękawów, kieszeni, płaszczy. Same nagie torsy. Tylko sprawność rąk mogła mu dopomóc w wygranej. Jego przeciwnicy nie ustępowali mu w biegłości, ale Al miał już pewien pomysł. Jego smukłe palce zabębniły delikatnie po opakowaniu nowej talii, mniejszej od standardowych o dwa milimetry. Niby nic, ale grube paluchy jego przeciwników mogą się po nich omsknąć, tym bardziej, że nowiutkie Piatniki prosto z Wiednia błyszczały jak przysłowiowe coś tam u psa. Były śliskie, twarde i doskonałe. Al właśnie na takich ćwiczył, a zgrane talie osadzonych niby wyglądały podobnie, ale szeleściły przy tasowaniu. Nowe furkotały.

Zasady przejęte od dziadka wszystkim już objaśnił. Grali wielokrotnie w Ekarte i czasem przegrywał. Zwykle wtedy, kiedy stawka nie była znacząca. Tak, dla podpuchy.

Bankier zawsze dla porządku odczytywał reguły główne, spisane przez przodków Ala, co i tym razem uczynił, stając w rozkroku przy drzwiach:

- W Ekarte grywa się we dwóch, 32 kartami, rozdaje gracz, który wyciągnął starszą kartę, każdy z graczy dostaje najpierw trzy, później dwie karty. Reszta trafia na kupkę. Odświecona karta stanowi kozerę. Przeciwnik może przyjąć propozycję zamiany kart, a z raz złożonej wycofać się nie wolno. Wtedy głos doradczy mają bankierzy, a obstawiający zakłady bacznie obserwują ręce graczy, starając się nie dopuścić do malwersacji. W każdej grze można zdobyć maksymalnie dwa punkty plus jeden za posiadanie lub odświecenie króla kozernego. Wygrywa gracz, który pierwszy zgarnie pięć punktów.

Al postanowił grać w tę dwuosobową grę, żeby móc zagrać z każdym z przeciwników oddzielnie. Najpierw obejrzy podkowy i od razu wybierze tę właściwą. W grze o nią musi zwyciężyć.

Za dwie piąta zaczęli się schodzić gracze, komentatorzy, bankierzy i ci, którzy chcieli obstawiać. W celi zrobiło się ciasno, po minucie cuchnęło potem i nieprzetrawionym do końca alkoholem. Jeden się zrzygał, więc bankier od razu wykopał go za drzwi, po czym sprawnym ruchem rozłożył niewielki stolik, intarsjowany wiśnią i orzechem, po czym z wielką gracją ustawił go na środku pomieszczenia, dokładnie pod opasłą żarówką dyndającą na czarnym drucie, skręconym w spiralę. Pierwsi gracze zajęli miejsca na taboretach ustawionych po przeciwnych stronach stołu, pozostali skupili się w dwóch grupkach, na przeciwnych krańcach, dokładnie w taki sposób, żeby nie zaglądać grającym w karty. Bankier od stolika stał przy drzwiach i zerkał co chwila przez okienko, czy nikt niepowołany nie zbliża się do celi. Kiedy wszyscy zajęli już pozycje, Al wyłożył nowiutką, fabrycznie zapakowaną talię, z której jeden z bankierów odliczył trzydzieści dwie karty potrzebne do gry. Wtedy zgasło światło.